W czerwcu spontanicznie pojechaliśmy nad morze. Na początku myśleliśmy o Mielnie, jednak ostatecznie padło na Łebę. Przekonała nas większa liczba atrakcji. Trasa o dziwo minęła nam bardzo przyjemnie, były rozmowy, dyskusje, przystanek na kawę z Orlenu, muzyka i podziwianie zieleni za oknem. Zatrzymaliśmy się w małym pensjonacie, który mieścił się około dziesięć minut od morza, więc codziennie dużo spacerowaliśmy. Morze przywitało nas mgłą! Na tyle dużą, że nie było do końca widoczne i nie widać było horyzontu. Jednak cudny zapach jodu nam to wynagrodził. I moczenie stóp w (zimnym!) morzu.
Na obiadokolację wybraliśmy się do polecanej Złotej Rybki na ulicy Brzozowej 8. Czekałam na tą nadmorską rybkę, bo jest to dla mnie punkt obowiązkowy nad morzem. Nie zawiodłam się, bo dostaliśmy całkiem bycze porcje, zestaw surówek i frytki. Było bardzo smacznie i przyjemnie. Jedynym minusem tego miejsca była trochę zbyt smętna i jak dla mnie depresyjna muzyka sącząca się z głośników. Zdecydowanie wolałabym radośniejsze klimaty albo chociaż zwyczajne przeboje z jakiejkolwiek stacji radiowej.
Śniadania zdecydowaliśmy się jeść na mieście i tak oto w niedzielę zawędrowaliśmy do Zatoki Aniołów, miejsca bardzo ładnego i klimatycznego. Jako że lubimy sobie pospać, dotarliśmy tam dopiero kilka minut przed 11, ale załapaliśmy się jeszcze na śniadanie :) Padło na wersję słodką - ja wybrałam croissanta z dodatkami tj. świeże owoce, dżem, dwa rodzaje miodu, twarożek, masełko. R. wybrał bajgla(który okazał się być dużo większy) z tymi samymi dodatkami. Do tego wypiliśmy zieloną herbatę i miętę z przepięknej jasnej porcelany. To było miłe zaczęcie dnia.
W niedzielę trochę przygrzało słońce poszliśmy więc lenić się na plażę. Zabraliśmy koc i najpotrzebniejsze rzeczy i w taki sposób spędziliśmy sobie trochę czasu siedząc i leżąc na łebskiej plaży.
Tego dnia wybraliśmy się też do naturalnego labiryntu w Łebie. Przy wejściu dostaliśmy mapę, trzeba było zaliczać bazy i znaleźć drogę powrotną. Byłam trochę zmęczona i za ciepło ubrana, bo w labiryncie słońce grzało dwa razy mocniej, jednak fajnie było tak się pobawić. Po przejściu całej trasy i znalezieniu drogi do wyjścia, przeszliśmy na drugą część dostępną dla zwiedzających, a mianowicie część gier i zabaw, tak bym ją nazwała. Były tam kręgle, kółko i krzyżyk, strzelanie z łuku, koszykówka i inne tego typu zabawy. Obeszliśmy, sprawdziliśmy, w niektóre gry pograliśmy, było fajnie ;) Śmiesznym punktem był wielki kołowrotek, do którego się wchodziło i maszerowało niczym chomik. Weszłam sobie gdyby nigdy nic, po czym krzyczę do R. jak to zatrzymać i wywaliłam się jak długa :D Także tak, trzeba było to nagrać.
Kolejną atrakcją był Piernikowy Dom do Góry Nogami na ulicy Brzozowej 12. Byłam już kiedyś w takim domku i wiedziałam czego się spodziewać, jednak fajnie było powrócić do tej atrakcji. Człowiek śmiesznie się zatacza a błędnik wariuje. Odwiedziliśmy też malutkie Muzeum Erotyki w Łebie, które było rzeczą ciekawą :D
Na kolejne śniadanie, tym razem poniedziałkowe wybraliśmy się do Cafe54. Miejsce ładne, było smacznie, jednak to co mnie urzekło to niezwykle klimatyczna muzyka! Z głośników leciały instrumentalne wersje znanych utworów! Usłyszeliśmy między innymi Smooth Operator - Sade i Just an Illusion - Imagination. Naprawdę mnie to zachwyciło :)
Wyjątkowym miejscem na zjedzenie czegoś słodkiego jest też Pancakes House przy ulicy Kościuszki 28. Przepięknie podane pankejki z dużą ilością dodatków. Wysłodziliśmy się bardzo, ale było warto!
Najpiękniejszym punktem naszych czterodniowych wakacji były Ruchome Wydmy położone na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. W poniedziałek od samego rana pogoda była średnia, rano trochę pochodziliśmy, po czym wróciliśmy na kwaterę na dwugodzinną drzemkę :D Kiedy się obudziliśmy, wreszcie się rozpogodziło, wyszło słońce, a niebo było błękitnobiałe. Udaliśmy się na szybki obiad, a potem udaliśmy się do punktu, gdzie stały melexy jadące do Rąbki. Naszym kierowcą był przemiły pan Andrzej, od którego biła niesamowita pozytywna energia. Porozmawialiśmy trochę i umówiliśmy się, że pan Andrzej odbierze nas kiedy już wrócimy z Wydm. Piesza trasa przez Słowiński Park Narodowy zajęła nam około 1h 15 minut. Szliśmy głównie drogą asfaltową, wdychając zapach lasu i słuchając śpiewu ptaków. Cudnie było wdychać takie czyste powietrze i być tak blisko natury. Na początku trochę narzekałam, że ta trasa jest taka długa i czemu melexy nie jeżdżą już pod same Wydmy(koronawirus jest prawdopodobną przyczyną), ale potem zaczęłam cieszyć się widokami.
Ruchome Wydmy.. wdrapaliśmy się na górę i w końcu ujrzeliśmy te widoki. Absolutnie przepiękne! Zapierające dech w piersiach. Piach, piach i jeszcze raz piach, tak jakbym była na pustyni. Świeciło piękne słońce, na niebie nie było ani jednej chmurki, co jeszcze potęgowało piękno tego miejsca. Niektóre obszary były wydzielone, aby po nich nie chodzić, jednak i tak można było dostrzec ślady stóp osób które chciały wejść na teren, który powinien był nieruszany. W tym miejscu poczułam cudowne połączenie z naturą i pomyślałam, że ta natura właśnie jest niesamowita. Połacie piachu, z jednej strony Morze Bałtyckie, z drugiej Jezioro Łebsko. Coś niesamowitego. Byłam tam absolutnie szczęśliwa i wdzięczna, że zobaczyliśmy to miejsce. Polska jest przepiękna, takie cuda natury mamy na wyciągnięcie ręki! Aż żal było wracać i gdybyśmy tylko wybrali się tam wcześniej (pogoda nam to jednak utrudniła) to można by tam spędzić godzinę lub dwie. Jednak było już przed 19, lub trochę po 19 i trzeba było wracać, bo w planach mieliśmy jeszcze zobaczenie zachodu słońca nad Bałtykiem.
I na szczęście udało nam się zobaczyć zachód! Było chłodno, jednak widoki cieszyły nasze oczy. Posiedzieliśmy trochę na kocu i podziwialiśmy niebo. Po zachodzie udaliśmy się jeszcze na zapiekanki przy plaży, które okazały się dla nas ogromnym zaskoczeniem, bo były absolutnie przepyszne! Jestem dużą fanką zapiekanek i z dzieciństwa mam wspomnienie mega długich zapiekanek z dużą ilością różnych surówek i sosów, które jadałam z rodzicami. Tutaj takiej zapiekanki wypchanej surówkami nie znalazłam, jednak ta z ananasem i szynką na którą się zdecydowałam była świeżutka, chrupiąca i po prostu pyszna!
Ostatniego dnia na śniadanie zjedliśmy pierogi w Złotej Rybce (o jakie one były dobre). Była też pogoda więc wybraliśmy się też na plażę.
To były dobre cztery dni i jestem ogromnie wdzięczna kiedy to piszę i wracam myślami do tych wakacji. Zatrzymuję je w sercu i mam nadzieję, że w przyszłym roku także uda nam się odwiedzić jakąś nadmorską miejscowość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz